wtorek, 28 maja 2013

[9] KRAJOBRAZY




'Krajobrazy'

Poszła sina noc, dzień nastał blady,
Plastikowa trawa zdobi złote góry.
Na niebie czarne, paskudne ślady,
Smog owiał już balonowe chmury.
W dole potok słów płynie swą drogą,
Obok pełno papierowych drzew.
Bełkot ptaków, gderać godzinami mogą…
Ptasie radio, wrzaski – niby to ich śpiew.
Niedaleko łąka ozdobiona kolorami,
Wielkie kwiaty dumnie w ziemi tkwią.
Piękne okazy zwane bilbordami
Jaskrawymi barwami lśnią.
Chłodny powiew ludzkiej znieczulicy
Oszrania nasze porcelanowe twarze
A tam ludzie, martwe cienie na ulicy
Wloką się upici absurdem swoich marzeń.
Patrzę na ten zamglony pejzaż świata,
Tam, gdzie już jest koniec tej frazy…
Moje myśli potrzebują adresata,
Więc chodź podziwiać ze mną krajobrazy.


 taki komentarz mój, co do dzisiejszego samopoczucia...
Ciekawe skąd takie myśli,
to ja,
a może pogoda?
Kto by tam ogarniał ten świat.


ɅV.

piątek, 10 maja 2013

[8] MICROSOFT WOR(L)D



 
by pheronike

Każdego wieczoru kładła się ze słuchawkami w uszach, zamykała oczy i marzyła… Wystarczyło pstryknięcie palcami, by znalazła się w innym świecie, wolnym od zmartwień, chaosu, lenistwa, obowiązków i niedokończonych spraw. Jednak kiedy tylko piosenka dobiegała końca, otwierała oczy i wszystko znikało  wraz z ostatnia nutą. Świat był blady, zimny i szary jak sufit, który widziała leżąc w łóżku. „Nie podoba mi się tu.” – pomyślała, otuliła się kołdrą i zasnęła…

Znalazła się w białej przestrzeni, gdzie nic jej nie ograniczało. Chodziła to w jedną, to w drugą stronę, jeśli w ogóle można było określić jakiekolwiek kierunki. Skakała w górę i w dół, bo  tutaj wszystko było możliwe. „Haaaaaalooooooo!” krzyknęła donośnie, a na jej oczach wielkie czarne litery zaczęły opadać z hukiem na białą przestrzeń. Spodobało jej się to. Zaczęła więc bawić się słowami. Recytowała wiersze, śpiewała i opowiadała. Litery, cyfry i znaki interpunkcyjne wirowały wokół niej, aż w  końcu cała biała przestrzeń została zapisana słowami. Coraz trudniej było jej przemieszczać się pomiędzy literami. Poruszała się powoli pomiędzy lasem wyrazów, aż natrafiła na mur. Był zbudowany z trzech ogromnych klawiszy. „Backspace”, „Enter” i „Esc”. Nie wiedząc czemu, wcisnęła klawisz „Enter”. Miliony liter zaczęły się rozlewać, naginać, rozciągać i kurczyć tak, że po chwili utworzyły obraz miasta. Spacerowała teraz chodnikiem, wzdłuż swojej ulicy i zauważyła, jak Malinowska trzepała koce na 4 piętrze, co zawsze denerwowało pozostałych mieszkańców kamienicy. Jeden był naprawdę ładny, taki różowy. „Pewnie od małej Melci.” – pomyślała i przyspieszyła kroku. Chciała przebiec pod balkonem, żeby śmieci nie spadły na jej głowę, jednak zaskoczona przyglądała się temu, co wylatywało z koca. To były słowa. „Dawno, dawno temu, za górami za lasami, żyła sobie śliczna królewna….”. Dziewczyna minęła tak jeszcze wiele znanych jej osób. Zmarzniętą dziewczynę, której para z ust mówiła „Rąk już nie czuję, przeklęta zima!”, zakochanych, których pocałunek był napisany ogromnym hasłem „KOCHAM CIĘ”, a przez szybę w oknie widziała chłopca, który obchodził swoje urodziny, lecz nie powietrze zdmuchnęło świeczki, a życzenia, które wypowiedział w myślach. „Chcę być silny i duży, muszę pomóc mamusi w domu”. Jak miło jej było to przeczytać.

Ruszyła dalej i zauważyła znajomego taty, który jak zwykle wyszedł na fajkę przed klatkę. Uh, jak ją to drażniło, po co ludzie tak się trują… Zawsze, kiedy przechodziła obok palacza wstrzymywała oddech i przyspieszała tempo, tym razem nie było inaczej. Jakie wielkie było jej zdziwienie, kiedy zamiast w chmurę dymu, wpadła w chmurę słów, które dusiły jeszcze bardziej od papierosów. Odkaszlnęła, a z jej ust wypadło połknięte zdanie… „Stan pańskiej żony jest niestety bez zmian, operacja jest konieczna, ale obawiam się, że nie wiele możemy pomóc”. Popatrzyła jeszcze raz na mężczyznę z papierosem w ustach. Nie wiedziała, że pani Leosia jest w szpitalu… Ohydny ten „dym”. Wtem zobaczyła przed sobą te same trzy klawisze co wcześniej, oraz duży biały kursor. Zaznaczył słowa otaczające pana Modrzewskiego, a ona ponownie musiała wybrać klawisz. „Backspace”.

Nagle zadzwonił jego telefon. Dziewczyna widziała rozmowę. „Tak, operacja się powiodła, jej stan jest stabilny, może pan przyjechać…”. Znacznie lepiej. Mężczyzna zgasił papierosa. Przeszła tak jeszcze kilka przecznic, zmniejszała czcionkę kłótni, podkreślała ważne wyznania, wklejała obrazy do wspomnień, wycinała niepotrzebne problemy. Takim sposobem zredukowała błędy całego tekstu. Po chwili znowu pojawiły się trzy klawisze. Tym razem była pewna. Nacisnęła „Esc”. Nagle pojawiło się okienko. „Czy chcesz zapisać zmiany w dokumencie?” – „Tak”. Plik - Zapisz jako – „Nowy lepszy świat”. <<Zapisz>>. Obudziła się i zobaczyła ten sam brzydki, szary sufit. Tym razem uśmiechnęła się na jego widok. „Trzeba odmalować wszystkie ściany.” – pomyślała i energicznie wstała z łóżka.

 ɅV.

niedziela, 5 maja 2013

[7] WARIATKA




by pheronike
Pogoda ma znakomite życie. Na weekend wyjeżdża gdzieś w dalekie trasy, zostawiając nas z tą kupą brudnych chmur poplamionych deszczem. Całe trzy wolne dni robimy pranie, suszymy, układamy, by ta, wracając do nas, od poniedziałku mogła się cieszyć czystością i świeżością… Szkoda tylko, że wtedy musimy się zabrać za swoje obowiązki i nie możemy się nią nacieszyć. No trudno… Tak to już bywa.

Nie zważając jednak na taką, przedziwnie drażniącą ludzi, kolej rzeczy, w domu Weroniki działy się rzeczy niesłychane. Wszyscy dzielni towarzysze broni, którzy codziennie walczyli z szarą rzeczywistością u boku dziewczyny, łapali się za głowy widząc to, co miało miejsce na fioletowej kanapie.

Firana z wrażenia przestała falować, a misiu aż przewrócił się na półce, gdy na jego paciorkowych oczach działy się te paranormalne zjawiska. Dziś Weronika zawstydziła samą Pogodę swoją zmiennością nastrojów.

Miś wstał i chwiejnym krokiem podreptał do poduszki, która leżała sparaliżowana tym, co wszyscy mogli obserwować. Rudobrązowy futrzak przysiadł obok niej i z rozdziawioną buzią obserwował niecodzienne zjawisko.

Weronika chodziła nerwowo po całym pokoju raz po raz rzucając słowami do samej siebie, sprawdzała wiadomości na poczcie, facebook’u, telefonie, po czym wyłączała wszystko wkurzona i dalej chodziła tam i z powrotem. Kilka razy z rozkojarzenia uderzyła w coś, raz coś zrzuciła z półki… Chyba wazon i całe szczęście, że dywan go uratował. Te jej spacerowanie po przestrzeniach pokoju (4m2) robiło się coraz bardziej niebezpieczne.

Dobrą godzinę zastanawiali się, co dziewczynie uderzyło do głowy, że wariuje już od rana i naraża ich wszystkich na uszczerbki na zdrowiu, jednak nie mogli do niej dotrzeć, jak grochem o ścianę. Z resztą… nawet jeśli waliliby kamieniami zamiast warzywem i tak nie było by odzewu. Weronika zwariowała.

Po niespełna półtorej godziny, wreszcie nastąpiła zmiana. Ku przerażeniu misia i poduszki dziewczyna rzuciła się na nich z ogromną siłą. Chwyciła w ramiona i ścisnęła tak mocno, że pluszak żegnał się już ze swoim życiem.

„Koniec. Żegnajcie przyjaciele. Zabiła mnie właścicielka!– misiu zrobił wielkie oczy, bo Wercia ścisnęła go jeszcze mocniej –„Boże, widzisz, a nie grzmisz!”

„Uspokój się Rudy” – strofowała go poduszka. „- przyjrzyj się dobrze, naprawdę nie widzisz?”

„Wolne żarty, jak mam coś zobaczyć, jak przez to postrzelone dziecko oczy mi wierzchem wychodzą!” – wydusił z siebie miś, z trudem wdychający powietrze.

„Zaraz was puści!” – zawołał Samsung-„ SMS idzie”

„To się nazywa cud techniki, no!” – wiwatował misiu. Na sygnał przychodzącej wiadomości uścisk rozluźnił się, a dziewczyna rzuciła się teraz na Samsunga.

Teraz miś zobaczył to, o czym mówiła mu poduszka. Nie mógł uwierzyć swoim oczom. Zamarł. Zrobiło mu się strasznie głupio.

„Czy… czy ona...- zawstydzony i zszokowany futrzak pokazał łapką na właścicielkę

„Tak, Misiu. Ona się uśmiecha.” – odpowiedziała poduszka. Patrzyli teraz oboje na rozpromienioną Weronikę i wybaczyli jej wszystko. Miś już dawno zapomniał o swoich agonalnych wołaniach, a poduszka odetchnęła ze spokojem. „Oby przez tą radość później nie płakała….”


ɅV.

piątek, 3 maja 2013

[6] NIESZUKANIE




by pheronike
Zbuntowany, młody, wiosenny wiatr, targał przydrożne drzewa. Ten niewykwalifikowany fryzjer tworzył z ich koron prawdziwie artystyczny nieład. Weronika spacerowała właśnie przez ten niezwykły salon fryzjerski, rozmyślając o tym, co właściwie robi na chodniku.
Prawda. Wreszcie wyszła z domu, zamiast tkwić tam bezczynie całe dekady. Jeszcze by się tam zestarzała, taka samotna i nieszczęśliwa… Nie było to po jej myśli, dlatego też ubrała buty, wzięła parasol, zaczesała włosy w koczek i ruszyła w nieznane. Pragnęła tylko jednego. Chciała odnaleźć szczęście.

Czuła się strasznie obca wśród rzeczy, które ją otaczały. Dobrze znała każdy budynek, każdą ulicę, jednak od dawna obserwowała to wszystko z okna. W rzeczywistości wyglądało to zupełnie inaczej i prawdę powiedziawszy była odrobinę przestraszona. Była też uparta, twardo dążyła do celu. Przeczesała wszystkie łąki ogromnym grzebieniem poszukiwać, podnosiła każdy, nawet najmniejszy kamyczek, by zajrzeć, czy czasem pod tym maleństwem nie czai się to, czego tak wytrwale szuka. Pruła przez ulice ,rozrywając tkaniny starych budynków, bo przecież i tak tynk już z nich odpada, a ona pragnie szczęścia… czy to nie jest ważniejsze?

Zajrzała dosłownie wszędzie, gdzie tylko mógł jej wzrok dosięgnąć, a jednak nie znalazła nawet najmniejszego okruszka tego smakołyku, za którym przebiegła całą okolicę.
Zawiesiła smutno swoja ociężałą głowę na karku i wlokąc nogę za nogą, człapała sobie z powrotem do domu. Na nic to wszystko. Po co w ogóle wychodziła, po co się starała, po co robiła sobie nadzieje, głupia.

Wiadomo było, że swojego szczęścia nie znajdzie. Szukanie igły w stogu siana. Wszystko na darmo.
Zatrzasnęła za sobą drzwi, wściekła na samą siebie ruszyła schodami na piętro, by tam uspokoić swoje szarpane  porażką nerwy i ukoić ból, który po tak długim spacerze strasznie jej doskwierał. Wzięła miskę z chłodną wodą i zanurzyła w niej zdeptane stopy. Wnet zapomniała o złości, o przegranej w chowanego i o tym całym szczęściu, którego tak pragnęła. Nie ma to nie ma. Mówi się trudno.

Minęło kilka tygodni, a może nawet miesięcy, zanim Weronika znów wyszła na powietrze. Przełknęła gorycz wspomnień i na przekór rutynie, która powoli ogarniała jej życie, postanowiła, jak gdyby nigdy nic, posiedzieć w ogrodzie. Wzięła do ręki książkę, rozłożyła się wygonie na ławce i zagłębiła się w lekturze. Nawet nie wiedziała kiedy połknęła w całości połowę lektury, tak miło płyną czas. Nie zważając na godzinę, bo i tak dawno już straciła poczucie czasu, udała się w dalszą podróż po białych, zapisanych słowami kartkach. Odpłynęła, daleko… Zapomniała o smutkach, samotności, rozczarowaniach… Dryfowała na oceanie, tym spokojnym… bo nie było ani jednej fali….

Poczuła coś dziwnego. Było miłe i tkwiło gdzieś w jej wnętrzu.
Tak…
To było Szczęście. Przyszło do niej, samo od siebie.

Uśmiechnęła się.. „Więc to tak panie J.P. Sarte, szczęście zdobywa się pod warunkiem, że się go nie pragnie zdobyć tak? Zrozumiałam.”


ɅV.