![]() |
| by pheronike |
Zbuntowany,
młody, wiosenny wiatr, targał przydrożne drzewa. Ten niewykwalifikowany fryzjer
tworzył z ich koron prawdziwie artystyczny nieład. Weronika spacerowała właśnie
przez ten niezwykły salon fryzjerski, rozmyślając o tym, co właściwie robi na
chodniku.
Prawda.
Wreszcie wyszła z domu, zamiast tkwić tam bezczynie całe dekady. Jeszcze by się
tam zestarzała, taka samotna i nieszczęśliwa… Nie było to po jej myśli, dlatego
też ubrała buty, wzięła parasol, zaczesała włosy w koczek i ruszyła w nieznane.
Pragnęła tylko jednego. Chciała odnaleźć szczęście.
Czuła się
strasznie obca wśród rzeczy, które ją otaczały. Dobrze znała każdy budynek,
każdą ulicę, jednak od dawna obserwowała to wszystko z okna. W rzeczywistości
wyglądało to zupełnie inaczej i prawdę powiedziawszy była odrobinę
przestraszona. Była też uparta, twardo dążyła do celu. Przeczesała wszystkie
łąki ogromnym grzebieniem poszukiwać, podnosiła każdy, nawet najmniejszy
kamyczek, by zajrzeć, czy czasem pod tym maleństwem nie czai się to, czego tak
wytrwale szuka. Pruła przez ulice ,rozrywając tkaniny starych budynków, bo
przecież i tak tynk już z nich odpada, a ona pragnie szczęścia… czy to nie jest
ważniejsze?
Zajrzała
dosłownie wszędzie, gdzie tylko mógł jej wzrok dosięgnąć, a jednak nie znalazła
nawet najmniejszego okruszka tego smakołyku, za którym przebiegła całą okolicę.
Zawiesiła
smutno swoja ociężałą głowę na karku i wlokąc nogę za nogą, człapała sobie z
powrotem do domu. Na nic to wszystko. Po co w ogóle wychodziła, po co się
starała, po co robiła sobie nadzieje, głupia.
Wiadomo było,
że swojego szczęścia nie znajdzie. Szukanie igły w stogu siana. Wszystko na
darmo.
Zatrzasnęła za
sobą drzwi, wściekła na samą siebie ruszyła schodami na piętro, by tam uspokoić
swoje szarpane porażką nerwy i ukoić ból, który po tak długim spacerze
strasznie jej doskwierał. Wzięła miskę z chłodną wodą i zanurzyła w niej
zdeptane stopy. Wnet zapomniała o złości, o przegranej w chowanego i o tym
całym szczęściu, którego tak pragnęła. Nie ma to nie ma. Mówi się trudno.
Minęło kilka
tygodni, a może nawet miesięcy, zanim Weronika znów wyszła na powietrze.
Przełknęła gorycz wspomnień i na przekór rutynie, która powoli ogarniała jej
życie, postanowiła, jak gdyby nigdy nic, posiedzieć w ogrodzie. Wzięła do ręki
książkę, rozłożyła się wygonie na ławce i zagłębiła się w lekturze. Nawet nie
wiedziała kiedy połknęła w całości połowę lektury, tak miło płyną czas. Nie
zważając na godzinę, bo i tak dawno już straciła poczucie czasu, udała się w
dalszą podróż po białych, zapisanych słowami kartkach. Odpłynęła, daleko…
Zapomniała o smutkach, samotności, rozczarowaniach… Dryfowała na oceanie, tym
spokojnym… bo nie było ani jednej fali….
Poczuła coś
dziwnego. Było miłe i tkwiło gdzieś w jej wnętrzu.
Tak…
To było
Szczęście. Przyszło do niej, samo od siebie.
Uśmiechnęła
się.. „Więc to tak panie J.P. Sarte, szczęście zdobywa się pod warunkiem, że
się go nie pragnie zdobyć tak? Zrozumiałam.”
ɅV.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz