piątek, 3 maja 2013

[6] NIESZUKANIE




by pheronike
Zbuntowany, młody, wiosenny wiatr, targał przydrożne drzewa. Ten niewykwalifikowany fryzjer tworzył z ich koron prawdziwie artystyczny nieład. Weronika spacerowała właśnie przez ten niezwykły salon fryzjerski, rozmyślając o tym, co właściwie robi na chodniku.
Prawda. Wreszcie wyszła z domu, zamiast tkwić tam bezczynie całe dekady. Jeszcze by się tam zestarzała, taka samotna i nieszczęśliwa… Nie było to po jej myśli, dlatego też ubrała buty, wzięła parasol, zaczesała włosy w koczek i ruszyła w nieznane. Pragnęła tylko jednego. Chciała odnaleźć szczęście.

Czuła się strasznie obca wśród rzeczy, które ją otaczały. Dobrze znała każdy budynek, każdą ulicę, jednak od dawna obserwowała to wszystko z okna. W rzeczywistości wyglądało to zupełnie inaczej i prawdę powiedziawszy była odrobinę przestraszona. Była też uparta, twardo dążyła do celu. Przeczesała wszystkie łąki ogromnym grzebieniem poszukiwać, podnosiła każdy, nawet najmniejszy kamyczek, by zajrzeć, czy czasem pod tym maleństwem nie czai się to, czego tak wytrwale szuka. Pruła przez ulice ,rozrywając tkaniny starych budynków, bo przecież i tak tynk już z nich odpada, a ona pragnie szczęścia… czy to nie jest ważniejsze?

Zajrzała dosłownie wszędzie, gdzie tylko mógł jej wzrok dosięgnąć, a jednak nie znalazła nawet najmniejszego okruszka tego smakołyku, za którym przebiegła całą okolicę.
Zawiesiła smutno swoja ociężałą głowę na karku i wlokąc nogę za nogą, człapała sobie z powrotem do domu. Na nic to wszystko. Po co w ogóle wychodziła, po co się starała, po co robiła sobie nadzieje, głupia.

Wiadomo było, że swojego szczęścia nie znajdzie. Szukanie igły w stogu siana. Wszystko na darmo.
Zatrzasnęła za sobą drzwi, wściekła na samą siebie ruszyła schodami na piętro, by tam uspokoić swoje szarpane  porażką nerwy i ukoić ból, który po tak długim spacerze strasznie jej doskwierał. Wzięła miskę z chłodną wodą i zanurzyła w niej zdeptane stopy. Wnet zapomniała o złości, o przegranej w chowanego i o tym całym szczęściu, którego tak pragnęła. Nie ma to nie ma. Mówi się trudno.

Minęło kilka tygodni, a może nawet miesięcy, zanim Weronika znów wyszła na powietrze. Przełknęła gorycz wspomnień i na przekór rutynie, która powoli ogarniała jej życie, postanowiła, jak gdyby nigdy nic, posiedzieć w ogrodzie. Wzięła do ręki książkę, rozłożyła się wygonie na ławce i zagłębiła się w lekturze. Nawet nie wiedziała kiedy połknęła w całości połowę lektury, tak miło płyną czas. Nie zważając na godzinę, bo i tak dawno już straciła poczucie czasu, udała się w dalszą podróż po białych, zapisanych słowami kartkach. Odpłynęła, daleko… Zapomniała o smutkach, samotności, rozczarowaniach… Dryfowała na oceanie, tym spokojnym… bo nie było ani jednej fali….

Poczuła coś dziwnego. Było miłe i tkwiło gdzieś w jej wnętrzu.
Tak…
To było Szczęście. Przyszło do niej, samo od siebie.

Uśmiechnęła się.. „Więc to tak panie J.P. Sarte, szczęście zdobywa się pod warunkiem, że się go nie pragnie zdobyć tak? Zrozumiałam.”


ɅV.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz